Rejs Ambasadorów YACHTIC okiem Grzegorza!

Ta historia zaczęła się trochę wcześniej, miesiąc wcześniej, podczas tańca. Muzyka gra, sala się bawi i trach! Bach! Kolano! Leżę! Mój udział w rejsie również leży – pod znakiem zapytania. Szyna, badania, diagnozy, pytanie prosto z mostu:
-Panie doktorze, niech Pan odpowie jak żeglarz żeglarzowi, czy mogę jechać w rejs?
-Ja bym jechał! Tylko bądź ostrożny i nie przepracowuj się.

Bardzo satysfakcjonująca odpowiedź. I tak oto pierwszy raz od wielu lat jadę… bez obowiązków, prowadzenia tudzież obsługi jachtu 🙂 Bez odpowiedzialności – Tak o! J Rejs o kulach 🙂
Do Mariny Mandaliny przyjechaliśmy z Jackiem dzień przed wszystkimi. Zakupy, lista załogi, wszystko ogarnięte. Teraz czekam tłumacząc napotkanym osobom dlaczego przepoczwarzam się w kulejącego pirata 😉 Czas jakoś leci, w marinie, na jachcie, bez pośpiechu, powoli 🙂

Poniedziałek

Przyjechali! Dzień dobry „kochane” żeglarze! Przedstawiamy się. Wiem, że to rejs z blogerami, ale nie znam ich osobiście – nie tym się zajmuję w YACHTIC’u. Jak będzie? Czas pokaże. Pogoda niestety nie pozwala nam wypłynąć zatem pierwszą noc spędzamy w marinie. Aby przełamać pierwsze lody pędzimy do Gusto. „Knajpa” zgoła nieznana turystom, ale można tam spotkać pół miasta. Serwują naprawdę dobre jedzenie. Z początku kilka wspomnień z podróży do Szybenika, jak się jechało etc. Wtem ktoś sypnął dowcipem – śmiech! Oho… będzie dobrze! Potem kilka opowieści, w końcu jesteśmy tutaj z autorami podróżniczych blogów. Jest bardzo ciekawie, miło się słucha i…. dowcip!  Śmiech! Jest BARDZO dobrze! 🙂 To nie będzie historia o rejsie. To będzie historia o ludziach.

Wtorek

Słońce wstało, śniadanie, mam pierwszą wachtę kambuzową. Kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną, ale gdy komuś zaszkodzi zawsze mogę zwalić na chorobę morską 😉 Kapitan Marek oddał honor przeprowadzenia szkolenia bezpieczeństwa Jackowi – szefa wszystkich szefów, który ma na koncie setki rejsów. Świetnie się odnalazł w tej roli. Stewardzi i Stewardesy mogliby się od niego wiele nauczyć 🙂 Jacek wyznaje zasadę, że należy uczyć przez zabawę – zrobił to zawodowo 🙂 Było wesoło, a podczas całego rejsu każdy wiedział jak się zachować i nikomu nic się nie stało. Po wypłynięciu w morze natura dała o sobie znać – wiatr w porywach do 50 węzłów! Kapitan Marek za sterem, z pewnym spojrzeniem panuje nad wszystkim. Patrzę na niego i widzę „40 lat na morzu zamknięte w jeden dzień”. Poryw wiatru, przechył, skinienie głową na chłopaków, bez pytań luzują szoty. Jacht dzielnie zmierza do Żirje. Ja nadal nie robię nic 😉 Oddaje się rozmowom z załogą, która również nie okazywała słabości – wiadro pozostało w bakiście 😉 Ola z Markiem, przesympatyczne małżeństwo z @bałkanywedługRudej opowiadało mi o całym rejonie i sąsiadujących krajach. Chorwację znam tylko od morza strony, od Istrii do Dubrownika. Ale okazuje się, że to nie wszystko. Marek ponadto przemierza świat na wyczynowym rowerze – im bardziej pionowo, tym lepiej! Teraz mam ochotę przesiąść się w samochód i zobaczyć, co te całe Bałkany mają do zaoferowania. Dostałem przy tym książkę autorstwa Oli z autografem (moja pierwsza taka) – jestem gotowy 🙂 Po dotarciu do Żirje załoga udała się zwiedzać ruiny zamku. Spotkaliśmy się wszyscy w konobie „Stupica”. Stół pod gołym niebem. Wszystko świeże i pyszne (ziemniaki z cebulą – palce lizać). Okazało się, że oprócz ruin można znaleźć tam również bunkry – kolejny punkt na mojej liście do nadrobienia 🙂 Pozostała gitara, śpiewy i wachty kotwiczne – noc nie należała do spokojnych.

Środa

Nie ma nic lepszego niż pobudka w zatoce, gdy jacht stoi na boi albo na kotwicy. Wachta kambuzowa przypadła Karolinie i Nikolinie. Śniadanie, zmywanie i w drogę! Wiatr absolutnie nie zamierzał zelżeć. Przechyły o jakich mogłem tylko pomarzyć, fale przebijały się przez pokład. Oj! To nie Chorwacja jaką znałem do tej pory. Tak przemierzaliśmy drogę do Vrulje 🙂 Chłopaki niestrudzenie stawiali czoła żywiołowi tymczasem Nikolina pod pokładem, spokojnie, jakby nic się nie działo pyta:
-Grześ, jak się zapala piekarnik?
-Co?!
-No jak włączyć piekarnik? Chcę zrobić wam zapiekanki 🙂
Jak widać nie straszny załodze kambuz w przechyle. Udało się przekonać Panią Lengłidż (bo tak nazywaliśmy Nikolinę), aby zrobiła to na postoju, jednak jej poczucia obowiązku nie można pominąć milczeniem. Zapiekanki były świetne!
Dopłynęliśmy do Vrulje. Przystań przy restauracji Ante była zatłoczona i dla nas nie starczyło już miejsca. Można było się jednak zatrzymać 100 metrów wcześniej przy małej kei z muringami, nowej i eleganckiej – nie znałem jej. Załoga poszła na wycieczkę na wzgórze podziwiać panoramę, a ja zostałem z Miniomkami – Weroniką i Damianem. Postanowili poświęcić ten czas na zrobienie kilku zdjęć do swojego bloga, sam również „cyknąłem” kilka fotek. Później mieliśmy trochę czasu dla siebie. To niesamowite ile energii i pasji mają w sobie. Co zwiedzili i co jeszcze mają zamiar zobaczyć. Jak bardzo zdeterminowani są w realizacji swoich podróżniczych celów. Przykład do naśladowania, a dla mnie kolejna lekcja życia 🙂 Pozostali będąc na wycieczce mieli za zadanie zarezerwować stolik w restauracji – okazało się, że nie było miejsca nie tylko przy kei, ale nie można było również znaleźć wolnego stolika. Nic straconego! Wygadana Karolina (z energią, którą ma w sobie można zasilić średniej wielkości miasteczko), korzystając ze swojego uroku przekonała Panią kucharkę, żeby przygotowała coś na wynos. Rezultat przerósł nie tylko oczekiwania Karoliny, ale również możliwości pontonu za pomocą którego musieliśmy przewieźć jedzenie na jacht – uginał się pod krewetkami ze spaghetti 😀

Czwartek

Wiatr odpuścił, fale mizernie pluskały o kadłub jachtu – cisza. Można było sobie darować żagle i spokojnie na Diesel-grocie zmierzaliśmy do Parku Narodowego Telascica. W drodze przepłynęliśmy obok klifów, które znacznie przewyższają wysokość naszego masztu. Kapitan Marek bezpiecznie zbliżył się na odległość, z której bez przeszkód mogliśmy podziwiać każdy detal i poczuć ich potęgę. Gdzieś wyżej grupa filmowców realizowała jakiś poważniejszy projekt. Czy to film, czy może reklama słynnego dezodorantu? – nie wiem. Niemniej okoliczności sprzyjały relaksowi na deku. Wojtek z @CroLove opowiadał o historii Chorwacji, 12-krzyżach na wyspie Kornat upamiętniających śmierć strażaków, o relacjach bałkańskiej ludności. Poczułem, że mam wiele do nadrobienia. Byłem tutaj dziesiątki razy – powinienem to wszystko wiedzieć! Mądrego jest dobrze posłuchać, można robić to godzinami. Dopłynęliśmy do Telascicy. Załoga poszła zwiedzać słone jezioro oraz mieszczące się tuż obok klify –  ja jak zwykle zostałem. Gdy oni raczyli się pięknymi widokami i pizzą w restauracji ja cieszyłem się spokojem. Wracają! W pierwszej turze pontonem wróciły dziewczyny, dowiozły pizzę – miło 🙂 W drugiej chłopaków poniosła fantazja! Ze śpiewem na ustach, cali mokrzy, Damian z czerpakiem wylewa wodę z pontonu! Jeszcze chłopcy, nie mężczyźni, 3 bączki i dobijają do jachtu 🙂 Oddajemy cumy i płyniemy do zatoki obok, tam będziemy tylko My. Konkurs skoków na bombę bezapelacyjnie wygrał Michał: 10/10! Piruety i salta zakończone elegancką pozycją zanurzenia to jego specjalność. Słów używał oszczędnie i tylko wtedy, gdy miał coś naprawdę ważnego do powiedzenia. Okazało się, że to nie była jego pierwsza przygoda na morzu, a jedynie kolejny przystanek do morskich uprawnień – podstawowe już ma. Doskonale odnajdywał się w obsłudze jachtu i pomagał kapitanowi w jego prowadzeniu. Co najważniejsze dla mnie, potrafił grać na gitarze, a moje palce mogły na chwilę odpocząć 🙂 Pod wieczór wybraliśmy się wszyscy do Sali, wioski po drugiej stronie wyspy – moja najdłuższa, piesza wyprawa od urazu kolana, ale czego nie robi się dla najlepszych drinków jakie serwuje bar w miasteczku? Powrót był jeszcze dłuższy 😉

Piątek

Opuszczamy Telascicę, w drodze zahaczamy o przeuroczą zatokę na Murter. Turkusowa woda, słońce, raj na ziemi. Nie sposób odmówić sobie kolejnego konkursu skoków na bombę. Mnie w tym roku nie przyszło w nim uczestniczyć, ale wejścia na maszt nie mogłem sobie odmówić. Stąd doskonale widać całą okolicę, a zdjęcia wychodzą bajeczne. Nieopodal jachtu stojąc na desce SUP przepływa niczym nie skrępowany naturysta – od takie miejsce, raj na ziemi 😉 Dziewczęta ze schłodzonym winem oddają się słodkiemu nic nie robieniu, a chłopaki budzą w sobie dziecięcą radość próbując wskoczyć do wody rozbryzgując przy tym jak największe ilości wody. A skoro jesteśmy przy wodzie okazuje się, że ta kończy się w zbiornikach jachtu – nie ma zmiłuj – dzisiaj nocujemy w Tribunj. Małe miasteczko położone na północ od Szybenika. Rozświetlone ogródki restauracji przy samym nabrzeżu zachęcają do tego, by się wygodnie rozsiąść i rozkoszować ostatnimi chwilami wakacji. Przy kolacji wymienialiśmy się spostrzeżeniami, każdy mógł powiedzieć co podobało mu się najbardziej, a co najmniej. Nie obyło się bez śmiechów i wzruszeń – rejs dobiega końca.

Epilog

Z perspektywy czasu widzę, że najlepsze w żeglowaniu nie jest samo „żeglowanie”. Gdy wspominam swój pierwszy rejs na Bałtyku i każdy kolejny wszystkie były udane, każdy był wyjątkowy, każdy był inny. Nie przez wiek i wielkość jachtu, miejsce czy długość rejsu. W Każdym z nich najważniejszą rolę pełnili ludzie. Różnimy się w sposobie myślenia, podejściu do życia i w poglądach. Jednak wspólna idea, praca na jachcie i cele stanowią o sile załogi.  Każdy ma swoją rolę, każdy jest puzzlem, innym w całej układance, ale bez którego nie można jej skończyć. Cytując Nikolinę: „Chętnie popłynę w samotny rejs dookoła świata, ale z Karoliną”. Śmieję się tutaj pod nosem, ale myślę – nie głupie. Mam podobnie, z tym, że potrzebowałbym naprawdę dużego statku. Z pozdrowieniami dla wszystkich, z którymi miałem przyjemność żeglować – AHOJ!

    • Proszę uprzejmie i również dziękuję 🙂 Dobra załoga jest gwarantem udanego rejsu! Jest co wspominać przez zimę… i czas, by planować kolejne lato 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *