O cytrynach i cebuli w bakiście – czyli, gdzie na jachcie jest jedzenie?

Lubię dobre jedzenie, zwłaszcza regionalne specjalności, lubię gotować i lubię w ogóle tematy związane z kulinariami. Można powiedzieć, że jest ze mnie również całkiem niezły kuchenny teoretyk i w dodatku wybredny. Nic dziwnego, że przed pierwszym w życiu wyjazdem na jacht morski, myślałam głównie o tym, co ja będę tam jeść i jak u licha wyglądają kuchenne wachty.

Konserwa i chleb

Nie spędzało mi to snu z powiek, ale był to jeden z głównych elementów niepokoju przed planowanym rejsem. Tym bardziej, że kapitan, który zapraszał na swoją Delphię 47 do Szybenika, jasno zakomunikował, iż jedzenie dla załogi kupi on. No masz… Czyli kto wie, co nas czeka. Zwłaszcza, że kilka miesięcy wcześniej, ten sam kapitan opowiadał, jak to tydzień jadł z kolegą chleb i jedną puszkę konserwy. Dlatego zaraz po wejściu na pokład postanowiłam sprawdzić…

…gdzie na jachcie jest jedzenie?

Może dla niektórych jest to oczywiste. Dla mnie nie było. Jest ono w różnych miejscach. W sumie wszystko zależy od jachtu, podejrzewam, że również od załogi i jej apetytów. Na tym konkretnym jachcie jedzenie było w najmniej oczekiwanych dla mnie miejscach.

W lodówce

To miejsce oczekiwane, dlatego o lodówkę spytałam od razu. Lodówka wysuwała się spod blatu kuchennego i z wielką ulgą zauważyłam, że jest tam zapas wody, wędlin, mleka, sera i różnych napojów z bąbelkami.

W schowkach w mesie

Wokół mesy nie brakuje schowków. Choć nie wiem czy to jest specjalistyczne określenie. W każdym razie są tam małe szafeczki, w których nasz kapitan trzymał kakao, kawę i łakocie. W najmniej oczekiwanym momencie, wyjmował jak asy z rękawa ciasteczka, czekoladki i inne maszkiety, które były doskonałym uzupełnieniem jachtowego obiadu.

W pufie

Tego się nie spodziewałam, ale człowiek się uczy. Gdy usłyszałam: „Marta, weź oliwki i ajwar z pufy”, oniemiałam. Jako, że jestem miłośnikiem obu, nerwowo zaczęłam szukać. Pufa stała skromnie przed wejściem do sypialni na dziobie i kryła w swoim wnętrzu prawdziwe skarby. Oliwę, przyprawy, regionalne smakołyki i pikle. Miód na moje podniebienie. Dzięki pufie zaznałam kulinarnych rozkoszy.

W podłodze

A w zasadzie pod nią, krył się barek z winem i nie tylko. Powinnam to nazwać „wine and spirits magic secret box”. Czego tam nie było… Schowek był całkiem pojemny, więc i oferta szeroka. Zawartość barku znikała wraz z upływem na jachcie czasu. Ot, taki sekret. Pierwsza godzina i wina nie ma…

W bakiście

Tu dochodzimy do sedna. Przeszkolono mnie, że bakisty, to wszystkie te szafeczki na jachcie. Kiedy w czasie mojej wachty kuchennej usłyszałam: „Marta, przynieś cebulę i cytryny z bakisty”, udałam, że wiem. Mimo wnikliwych poszukiwań, ani cebuli ani cytryn nie znalazłam.

Ta szczególna bakista była na pokładzie rufowym. Tylko gdzie? Moja bezradna mina sprawiła, że kapitan się zlitował i wskazał schowek pod siedzeniem. Całkiem spory schowek, z całkiem sporą ilością jedzenia.

Cytryny, pomidory, cebula! Fasolka po bretońsku i bigos w słoikach. Dziękuję Wam projektanci, że wymyśliliście tak pojemną bakistę.

Gdzie jest cała reszta jedzenia?

To akurat proste! Znajduje się za burtą i na lądzie. Bogactwo ryb, owoców morza to coś, dla czego warto jechać na jacht do Chorwacji. Chorwacja ma do zaoferowania znakomite sery, mięsa, oliwę, owoce… Wszystko w lokalnych Konobach za całkiem przystępną cenę. Ale o tym, gdzie warto się stołować i co warto jeść na lądzie, będzie w kolejnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *